
Żegnając się z Jeziorem Como zrobiliśmy zakupy w lokalnym supermarkecie na dalszą drogę. Kilka włoskich przysmaków, parę butelek wina i wyruszyliśmy w nowym, nieznanym kierunku.
Celem była miejscowość Brienz w Alpach Szwajcarskich. A to oznaczało, że całą drogę będziemy pokonywać przez wysokie góry.

Pod względem krajobrazowym była to rzeczywista petarda, choć jak na górskie serpentyny nasz kamper chwilami wydawał mi się zbyt kanciasty. Niesamowita jest skala rozpiętości tego, czego możemy się spodziewać odczytując na mapie Szwajcarii jako autostrada. Są miejsca, gdzie myśl inżynierska osiągnęła wyżyny, przekuwając się płaską jak stół i szeroką kilkunastokilometrową wstęgą przez skaliste góry, ale chwilami autostrada potrafi zamienić się w drogę, o której powiedzielibyśmy raczej, że jest lokalna, jednopasmowa i bez możliwości rozwinięcia średnio wysokiej prędkości. Najdłuższy pokonany tunel tego dnia w Szwajcarii miał 17 km długości (Gotthard-Strassentunnel). To i tak pikuś w porównaniu z kolejowym Gotthard Base Tunnel, który ma 57 km długości. Przejazd 17 km podziemną rurą nudzi się, przynajmniej mi, po około 3 kilometrach. Oczy odliczają kolejne wyjścia awaryjne, rozmieszczone w jednostajnych odległościach i wypatrują światła na końcu tunelu. Wyzwolenie jest krótkie, bo za chwilę wpada się w kolejny tunel, 9km. Kiedy byliśmy coraz bliżej Brienz, kilometry upływały coraz wolniej. Płaska autostrada zmieniła się w drogę wpisaną w górskie przełęcze, nuda pokonywania tuneli zamieniła się w pełne emocji widoki, ale tempo przemieszczania się intensywnie spadło. Raz po raz mijaliśmy górskie jeziora, z turkusową niewzruszoną taflą wody. Wówczas wyobrażałam sobie, jak pięknie będzie w Brienz, o którym czytałam wcześniej, że tamtejsze jezioro przebija skalą swojej intensywności turkus i szmaragd innych szwajcarskich jezior. Wpatrywałam się w prowadzącą nas nawigację i dosłownie odliczałam ostatnie kilometry. Nawigacja kreśliła trasę w trójwymiarze, dynamicznie zmieniając jej perspektywę. Z nadmiaru danych do przeliczenia trójwymiarowej figury co jakiś czas zawieszała się. Nie dziwię się, też bym oszalała od takiej roboty. Wyświetlane figury, serpentyny i pętle były coraz bardziej dramatyczne. W pewnym momencie nawigacja przeszła samą siebie i wykreśliła figurę wprowadzającą mnie w osłupienie. Wyglądało jak serpentyna zakręcająca do wewnątrz siebie i tworząca dodatkowy przeplot na wskroś swojego wewnętrznego bębna. Żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia tej przestrzennej konstrukcji. Była tak abstrakcyjna, że wydawała się błędem obliczeniowym. Raczej przypominała tor akrobacji samolotowych niż drogę leżącą na ziemi przeznaczoną dla ruchu normalnych samochodów. Jedyne, czym dysponuję teraz, to płaskim, dwuwymiarowym zdjęciem z Google maps, które załączam poniżej.

Byłam ciekawa rozwiązania tej zagadki i tego, co się z nami stanie, jak wpadniemy w ten dziwny geometryczny układ. No więc najpierw była wysoko w górze zwyczajna serpentyna. Taka trochę ciasna, z mocno podkutymi wiszącym nad głową skałami. Po kilka ostrych zakrętów w prawo i w lewo. Następnie zakręciła do wewnątrz, wpuściła nas otworem w sam środek skalistej góry, zakręciła kilkoma obrotami w tunelu sprowadzając nas intensywnie w dół. Wypluła w dużo niższej partii gór. Normalnie jak jakiś kocioł maszyny losującej w totolotku, który losowo wybraną piłkę zrzuci rurką w konkretnie przewidziane miejsce.
Na tym emocje dnia się skończyły. Po około 10 km byliśmy na miejscu w Brienz. Objechaliśmy niewielką miejscowość i wybraliśmy miejsce noclegowe na niewielkim parkingu bardzo blisko jeziora. Obok nas usadowił się jeszcze jeden kamper. Zdawało się, że noc przemknęła niepostrzeżenie kilkoma zaledwie chwilami z głową na poduszce, aczkolwiek rano obudziłam się bardzo wypoczęta z sercem wyrywającym się na spotkanie ze szmaragdowym jeziorem.


Co może człowieka zachwycić w takim miejscu bardziej niż autentyczny kontakt z piękną nieskazitelną przyrodą? Mnie, jako architekta, zachwyciła wspaniała nadwodna wielokilometrowa infrastruktura. Pozostająca całkowicie neutralną, jeżeli chodzi o ingerencję w krajobraz i naturę, a będąca jednocześnie niezwykłą, staranną przestrzenią publiczną. Cud! Nie mogłam wyjść z zachwytu. Podobało mi się wszystko, kolory, kamyki, czystość, spokój, mała architektura. Przystań, dworzec. Miejsca swobodnego pobierania miejskich składanych drewnianych leżaków z respektowaną przez wszystkich prośbą, aby po użyciu po prostu odstawić je na miejsce. Ludzie spożywający w stanie niezmąconego spokoju posiłki ze swoich przyniesionych pudełek. Cisza. Bajeczne kwiaty. Bocznokołowce ze szwajcarską banderą. Świeże, zdrowe górskie powietrze. Pełnia szczęśliwego lata.










Długi odcinek nadjeziornej promenady przechodził na końcu płynnie w obszar starego miasta Brienz. Początki historii miasta sięgają VII wieku, a jego historia silne wiąże się z rzemiosłem i rzeźbieniem w drewnie. Dzisiaj świadczą o niej piękne stare osiemnastowieczne drewniane domy oraz małe szkoły snycerskie prowadzące warsztaty z rzemiosła. Do kilku takich z wielkim zaciekawieniem zajrzeliśmy przez okna.


Uliczka Brunngasse kiedyś została uhonorowana tytułem najbardziej malowniczej uliczki w Europie.

W tak pięknym miejscu nie sposób nie zrobić dużej ilości zdjęć.



Po powrocie do kampera rozgorzała między naszą trójką dyskusja na temat wyboru miejsca spożycia obiadu. Wybór był pomiędzy miejscowością Brienz, w której byliśmy, a poszukaniem czegoś po drodze na dalszej trasie. Bowiem tego dnia oczywiście planowaliśmy dalsze przemieszczanie się. Z uwagi na to, że w położonych nad samym jeziorem, przyjemnych restauracjach nie było wolnych miejsc, zdecydowaliśmy się na tę drugą opcję – czyli wyruszenie przed siebie i poszukanie restauracji w toku dalszej kamerowej wędrówki. Tutaj stawiam kropkę, bo z tą opowieścią zabiorę Was do kolejnego odcinka, już w niemieckim Tyrolu.