
Czujecie już jesień?
To najlepsza pora, aby rozpocząć wspomnienia z wakacji.
Dla nas tegoroczne wakacje kamperowe zaczęły się o wiele szybciej, niż rzeczywisty wyjazd spod domu. Zaczęły się wówczas, kiedy któregoś w miarę ciepłego wieczoru chodziliśmy z Jarkiem po Gdańsku. Wzdłuż Motławy, swoim ulubionym drewnianym chodnikiem w kierunku Filharmonii, przechodząc obok Sołdka. W miejscu, w którym szczególnie czuję całą historię Gdańska w pigułce. Spuściznę hanzeatycką, bogatą przeszłość gospodarczą, piękne spichrze będące magazynem dobrobytu, wody Motławy wynoszące wszystkich chętnych w nieograniczony świat.
A może byśmy w tym roku ruszyli trasą innych europejskich miast hanzeatyckich? I po prostu przejechali wybrzeżem wzdłuż mórz północnych? – Rzuciłam wstępnie rysującą mi się w głowie myśl.
Czemu nie, zobaczymy. – Odpowiedział Jarek. Szczęśliwie zawsze mam w nim sprzymierzeńca, ilekroć coś fascynującego chodzi mi po głowie.
Oboje w sposób szczególny lubimy styk lądu z morzem. Jarek dlatego, że kojarzy mu się ze wskakiwaniem na pokład i żeglowaniem, ja dlatego, że świat od strony wody wygląda najpiękniej, chociaż wspólne wypady na żagle uwielbiam również.
Liczyłam na to, że odkryję to wyjątkowe powiązanie, które było kiedyś siłą napędową do rozwoju tak wielu miast jednocześnie i które przyniosło tak świetne owoce w postaci namacalnego bytu architektonicznego, pięknych kamienic, solidnych nabrzeży, uroczych knajp portowych z widokiem na wodę i całego tego nieuchwytnego piękna, które może być na sto sposobów fotografowane i które autorom zdjęć dostarcza zawsze wielu emocji i przyjemności.
Pozostało trasę uzgodnić z Mikołajem, nie wniósł sprzeciwu, bardzo ucieszył się, że w naszej północnej wędrówce wzdłuż Bałtyku i Morza Północnego będziemy mieli szansę dotrzeć do Amsterdamu. U każdego człowieka słowo wywołuje skojarzenia z jakimś obrazem, zauważyłam, że w przypadku Mikołaja słowo Amsterdam pobudza najprzyjemniejszą strunę fascynacji :)
Jak to zwykle u mnie bywa, żyję w biegu i przyzwyczajona jestem do intensywnej pracy. Ostatnie dni przed wyjazdem były istotnie trudnym wyzwaniem. Pozostawienie spraw firmowych na dwa tygodnie oznaczało godziny logistycznych przygotowań, a na planowanie trasy kamperowej wycieczki zostawały godziny późno wieczorne oraz nocne.
Jesteśmy bardzo świadomymi podróżnikami i pomimo, że nie szalejemy po innych kontynentach, a głównie po Europie, doskonale wiemy, że fajne wakacje to takie, gdzie dużo i dobrze się dzieje. Kiedy jest intensywnie, można dużo zwiedzić, ale też dobrze zjeść, poznać od czasu do czasu fajnych ludzi, poobserwować, czymś nowym się zainspirować.
Tak też było w tym przypadku. Spakowani, z odręcznie wykonanymi mapami pełnymi notatek i rysunków, wyruszyliśmy pewnego sobotniego wieczoru.
Pierwsza dobę spędziliśmy u rodziny w Dziwnowie. Potem wjazd na prom na wyspę Uznam, szybki przejazd przez Świnoujście, granica polsko – niemiecka i już toczyliśmy się wzdłuż wybrzeża Morza Bałtyckiego, ciesząc się chwilą, że oto jedziemy na wakacje. W niedzielnych godzinach popołudniowych dotarliśmy do Stralsundu.
Stralsund nie jest bardzo dużym miastem, ale tak jak się spodziewałam, hanzeatyckie powietrze ciągle jest tam obecne.

Zaczęliśmy od spaceru wzdłuż potężnej mariny, zlokalizowanej przy historycznej zabudowie. Stare Miasto Stralsundu wpisano na listę światowego dziedzictwa Unesco. Prawa miejskie uzyskał dawno, bo w 1234 roku.
Potem zasiedliśmy w nadwodnej restauracji na porządnym bałtyckim obiedzie, czyli rosół rybny z dużą ilością aromatycznych jarzyn, ryba i boskie grube ręcznie cięte fryty.

Następnie kolejna wędrówka wzdłuż wybrzeża, szukanie i odnajdywanie pięknych zakątków, Stare Miasto. Dostojny niewzruszony gotyk.






Na szczególną uwagę zasługują pozostałości klasztoru św. Jana (Johanniskloster). Bajecznie klimatyczne domy oraz zachowane mury (bez dachu) kościoła, który spłonął w XVII wieku.
















Zapytaliśmy uprzejmych ludzi, gdzie warto spędzić noc, tak aby mieć poczucie bliskości natury, koniecznie bezpośredni styk wody morskiej oraz piękny widok na Stralsund. I dokładne w takim miejscu wylądowaliśmy.

Pomimo tego, że wieczorem robiło się chłodno, do późna siedzieliśmy na rozłożonych fotelach turystycznych i popijając wino delektowaliśmy się chwilą i niesamowitym widokiem.





Następnego dnia odwiedziliśmy słynne Ozeanarium, z dwóch powodów. Po pierwsze stanowiło to dużą atrakcję dla naszego syna. Po drugie, z racji projektowanego przeze mnie i naszą firmę pierwszego Akwarium w Palestynie, przy współpracy z palestyńskim partnerem, Nino Engineering and Consulting Office z Ramallah, uznałam za bardzo ważne, aby zwiedzić inne funkcjonujące w Europie placówki tego typu, w których jeszcze przypadkiem nie byłam.




Po odwiedzeniu wystaw Ozeanarium, udaliśmy się na obowiązkową bułkę ze śledziem. Uwielbiam to! I cieszę się, że cały czas można ją tam kupić i zjeść, pamiętam jak takie bułki kiedyś były szeroko dostępne w Szczecinie, które jest moim rodzinnym miastem, i które nagle zniknęły w toku różnych przemian.

Bułki i napoje nabyliśmy w jednym z kilku barów zlokalizowanych na łodziach. Chwila nieuwagi i portfel wraz z bułą może podczas zakupu wylądować wodzie. Skonsumowaliśmy je na ławce przy kamperze, gapiąc się na wodę i było super.

Gdzie teraz? - zapytał Jarek.
Do Wismaru. – odpowiedziałam.